Stalowa Wola i Rozwadów lata 50 i pół wieku później

Szeroko rozumiane tematy związane z Rozwadowem.

Stalowa Wola i Rozwadów lata 50 i pół wieku później

Postprzez Mozets » N wrz 23, 2018 7:00 pm

Stalowa Wola 1958-2018
/reportaż retrospekcyjno- penetrujący, wspomnieniowo-sentymentalny /

Stalowa Wola i miasto Rozwadów w latach 50-tych.

W roku 1958 nikt nie pomyślałby w Rozwadowie, że nie będzie miastem a zwykłą dzielnicą. Idąc od parku Lubomirskiego można było napotkać po prawej stronie drogi duży tartak - przed wojną własność księcia. Zajmował on duży teren . Na placu pracowały olbrzymie traki, tnące grube pnie na potężne kłody i legary. To drewno, już inne mniejsze maszyny przerabiały na deski różnej szerokości i grubości. Kantówki i brusy. Hałas maszyn był spory. Na placu wyrastały duże góry trocin wysokości piętrowej kamienicy. Poniżej nich składowano w równych, wysokich stosach równoboki desek. Pomiędzy nimi i na wzgórza trocin jeździły po torach małe, wąskotorowe wózki. Przewożące trociny na wzgórza i transportujące materiały. Odważniejsi chłopcy po zakończeniu pracy tartaku przemykali przez dziury w płocie. I pchali wózki na szczyt trocinowych wzgórz. Stamtąd już zaczynała się szaleńcza jazda w dół. Często zakończona wykolejeniem wózka na jakimś wirażu wśród trocin i desek. Ścigał ich stróż tartaku, ale raczej z obowiązku niż z przekonania. Był to starszy mężczyzna i nie był w stanie dogonić szybko biegających urwisów. Po górach trocin.
Dalej po prawej stał zaniedbany, używany przez edukację drugi pałac księcia. Pierwszy „letni” na terenie parku spalili Rosjanie przy opuszczaniu Polski. Z tyłu pałacu istniały jeszcze czworaki- budynki gdzie mieszkało sporo biedoty powojennej. Podatnej na idee proletariackie podsycane przez propagandę ówczesną.
( Szlachta Polskę przepiła)…
Wszak z ich ciemnych małych okienek widać było pałac księcia. Co prawda nie tak zadbany jak przed wojną. Ale jednak stanowił wrzód na siedzeniu klasy robotniczej w sojuszu z chłopami i pracującą inteligencją. Raczej jej resztkami , która przemknęła się pod gilotyną stalinowskich transportów na Sybir, uważnym okiem NKWD, czujnym okiem Partii, i zmęczonymi od wysiłku oczami funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Pracowali oni 24 godziny na dobę bez odpoczynku ( bez odpoczynku dla przesłuchiwanych). Po łokcie we krwi. Idąc uliczką Poprzeczną można było napotkać jeszcze wystające z ziemi resztki fundamentów synagogi. Na jej miejscu w soboty odbywał się gwarny targ. Wcześniej przeniesiony z ulicy Targowej, nazywanej targowicą. Była ona za murem klasztoru a jeszcze wcześniej na Rynku miasta, przed wojną. Na stacji kolejowej panował spory ruch. Autobusów jeszcze wtedy na prowincji nie było. Kolej stanowiła główny środek transportu tak osobowego jak i towarowego. Wejście na perony i wyjście ze stacji możliwe było tylko w dwóch miejscach. Były to wąskie bramki obsadzone pracownikami kolei w mundurach. Nikt nie wszedł na peron bez biletu . Także po przyjeździe nie można było wyjść do miasta, jeśli nie zwróciło się biletu. Należało tej żółtawo-brązowawej, grubej tekturki, pilnować w czasie podróży i nie zgubić. Brak biletu przy wyjściu oznaczał kłopoty – zostawaliśmy gapowiczami. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Można było jeszcze uciekać przez tory do widniejącego za ugorem lasu. Ale cały teren stacji był patrolowany przez uzbrojonych strażników kolejowych . Ryzyko było zbyt duże. Można więc było zastosować metodę obywatela kornego wobec władzy. Sprawdzała się ona wobec milicjantów i ORMO. Zginaliśmy się w ukłonie jak parobek przed ekonomem i patrząc z dołu, w oczy przedstawicielowi aparatu ścigania - płaczliwym głosem pytaliśmy:
„I co to teraz będzie” !???…
Skutkowało to w większości przypadków darowaniem kary. I puszczeniem wolno:
„No, obywatelu ostatni raz wam darujemy!
No - na początku każdego zdania było obowiązkowe – jak i dzisiaj.
Na rynku miasta stały jeszcze 4 pompy ręczne dla użytku mieszkańców . Jedna koło fryzjera Mierzwy, druga pod tzw. gruszką , na zakręcie drogi. Trzecia w miejscu wyjazdów dzisiejszych MKS w kierunku Stalowej . Czwarta na rogu Rynku przy lodziarni Dominika. Zlikwidowana najszybciej. Koło pompy pod „gruszką” był maleńki, mikroskopijny punkt CPN tankowania benzyny. Koło pomp panował ciągły ruch, bo woda była potrzebna i do gotowania i do picia i do mycia. Matki stały przy kuchni, więc wodę ze studni, czasem po kilkaset metrów od domu - musiały targać dużymi metalowymi wiadrami zupełnie mali chłopcy. Nierzadko 6 letni. Bo siedmiolatki były w szkole. Ojcowie w pracy. W socjalizmie każdy musiał pracować. Bez wyjątku. A dobrobytu obiecanego ( szczastie i dobrobyt) nie było. Miał nastąpić. Niedługo. Taki maluch niewiele większy od wiadra trzymał żelazne ucho od wiadra tuż pod szyją i stękając niósł wodę. Woda chlupała mu z wiadra na koszulkę, krótkie spodenki i znoszone buciory . A ostry postrzępiony brzeg wiadra kaleczył nogi. W zimie przy pompie zwieszały się z niej zamarznięte lodowe warkocze . Obok leżały wyrzucone z wiader zamarznięte, lodowe kloce – jak kryształowe, olbrzymie babki.
Na rogu koło pompy czwartej lodziarz Dominik miał wspaniałe lody. Jadło się je kulturalnie, po burżujsku - wewnątrz małej lodziarni. Z kryształowych naczyń jak pucharki - łyżeczką. Były to jeszcze czasy, gdy jedzenie na ulicy ( nawet lodów) uchodziło za nieeleganckie i niehigieniczne. Siermiężne obracanie szczękami na ulicy było nie zauważane ( tolerowane) tylko u handlujących na wozach chłopów, żebraków i osobników uważanych za hołotę. Nawet szeregowcy LWP mieli regulaminowo zabronione jedzenie na ulicy, palenie papierosów i noszenie toreb, pakunków, parasoli. Poza tym żucie czegokolwiek, przywodziło na myśl żujących gumę do żucia - Amerykanów. A to już było godne potępienia. Sama guma i coca cola były już synonimem zepsucia moralnego, politycznego, społecznego i upadku zasad. Wszak byli to nasi wrogowie wówczas. W robotniczej Stalowej Woli lody u „Małysowej” dostawało się w dwa palce, w dwóch kawałkach wafelka. Nie były tak dobre jak u Dominika trzymającego przedwojenną jakość i kulturę konsumpcji ale były dość tanie . Jeden złoty kosztował mały „lód” , dwa złote „duży lód”. Z większej foremki wypychany popychaczem . Dobre lody miała również pani Kosieniakowa przy ulicy wiodącej do stacji. Miała ona knajpę z dużym szynkwasem stojącym w mrocznym pomieszczeniu. U niej już dostawało się loda w stożkowym wafelku. Piwo było na stacji i u „ciotki Bomsberbachowej” - na rogu przy wyjeździe w kierunku Brandwicy. Piwo było z beczek, niepasteryzowane. Beczki stały w piwnicy i rurka zaszpuntowana w beczce przechodziła przez podłogę. Na jej szczycie była mosiężna , błyszcząca złotym kolorem, ręczna pompa do pompowania piwa, tzw. ”pipa”. Piwo z piwnicy było chłodne i smaczne. Piło się go w dużych, litrowych lub półlitrowych szklanych kuflach. Ciężkich i grubych. Częste bójki ( po piwie) kończyły się rozbijaniem tych kufli na czerepach biesiadników i uczestników bitwy. Mycie kufla na stacji ( gdzie był wodociąg) polegało na krótkim oblaniu go strumyczkiem wody z kranu. I pił następny gość. Epidemii żadnej nie było. Ani żaden sanepid nie miał zastrzeżeń. U ciotki Bomsberbachowej nie było wody bieżącej . Więc do mycia ( płukania) służył cebrzyk z wodą. I tam na sekundę lądowały kufle. Po kilku godzinach woda w cebrzyku nadawała się do picia jako pełnowartościowe ( prawie) piwo.
Piekarzy znanych było dwóch - Kotwica i Skruch. Pieczywo było wspaniałe, dzisiaj takiego już nie ma.
Na Rynku stał pomnik wdzięczności dla Armii Radzieckiej w podzięce za wzięcie pod nową okupację, tym razem azjatycką.
Bizantyjsko-stepową…
Pomnik był koszmarny. Jak chory sen cukiernika. Murowany obelisk - z kulkami z cementu na kolejnych zwężeniach graniastosłupa. Na szczycie obowiązkowa gwiazda.
Wokół Rynku pełno było sklepików z różnymi różnościami . Ze Stalowej przyjeżdżali po nie mieszkańcy na zakupy. Miasteczko było o dziwo - dość czyste. Chodniki pozamiatane, w ogródkach morze kwiatów, wieczorem pachnących maciejką. Tylko w soboty, po kąpielach całych rodzin i praniu - w powietrzu unosił się zapach mydlin. A uliczkami płynęły potoczki wody po praniu. Kanalizacji nie było. Za wyjątkiem budynku stacji.
Fundamenty ratusza w Rozwadowie istnieją tuż pod placem Rynku w stanie nienaruszonym. Po wojnie ekshumowano na Rynku ciała ludzi zakopanych tam z jakiegoś wojennego powodu. To było w miejscu przy fundamentach ratusza. Wykonywał to między innymi miejscowy alkoholik . Dostał pół litra i z drugim kompanem - odkopywali to. Nikt więcej nie chciał tego robić za żadne pieniądze. Fetor był tak straszny, że ludzie przy Rynku zamykali okna. Przypadkiem po usunięciu ciał – kopacz wpadł do piwnic ratusza. Wyciągnął stamtąd stare wino w dużych butelkach. Było tak zgęstniałe jak syrop. ( Możliwe, że to był Tokaj. ) Wszyscy bali się tego pić. Ale znalazca stwierdził, że jest bardzo smaczne. Milicja kazała szybko zasypać piwnice i nikt już tam nie zaglądał ( i nie zagląda) od wojny. Miejsce było zbyt widoczne i ruchliwe.
Po wojnie, w Rozwadowie rzadko pojawiali się nieliczni starozakonni mieszkańcy, którym udało się przeżyć. Prosili o możliwość pomodlenia się za zmarłych krewnych w ich dawnych mieszkaniach. Zamykali się a po ich wyjściu znajdowano w pokojach miejsca w ścianach i podłogach, gdzie coś wyjęto.

Po głównej drodze Rozwadowa rzadko wówczas jeździły samochody. Raczej konny zaprzęg był częstym widokiem. Konna budka rozwożąca pieczywo lub pocztę. Chłopski zaprzęg ciągnący ciężko załadowany węglem lub drewnem wóz na drewnianych kołach. Wreszcie budzący grozę karawan, ze srebrnymi aniołkami, ciągniony przez dwa czarne konie. Zaś wóz z gumowymi, pompowanymi kołami, budził zainteresowanie – jak dzisiaj nowy model jakiegoś lepszego samochodu. Taka fura była rzadkością i kosztowała spore pieniądze. Konie ciągnęły ją bez większego wysiłku .
Dalej, po wyjeździe z Rynku stała szkoła podstawowa siedmioklasowa. W klasie było ponad trzydzieścioro dzieci. Toalety były na podwórku - w stylu koszarowych czarnych "ścian płaczu" dla chłopców i okrągłych otworów w betonowej posadzce, pod którą było szambo. W zimie w klasie było zimno.
Dzieci siedziały na lekcjach w płaszczach i czapkach - jak był duży mróz.
W klasach były piece kaflowe. Tym co siedzieli koło pieca było ciepło. Kilka ławek dalej było już zimno. Podłogi w klasach były z desek, nasączanych terem . Mazistą, czarną substancją ropopochodną, o intensywnym zapachu podkładów kolejowych. Typowy uczeń miał krótkie spodenki na szelkach pod którymi miał podwójne, grube „patentowe” pończochy na tzw. "halterach", ( gumowych szelkach). Na nogach dwie pary wełnianych skarpet i zimowe olbrzymie trzewiki. Na wierzch płaszczyk zimowy z kołnierzem z baraniego, czarnego futerka. Dziecko wyglądało jak Chaplin w mini-wydaniu. Tak ubrana chodziła wówczas większość dzieci. Długie spodnie przeważnie otrzymywało się w siódmej - ostatniej klasie szkoły podstawowej.
Za szkołą było kino „Polonia”. I posterunek milicji w dawnym Sądzie. Z aresztem.
Kino Polonia wyświetlało filmy . Zdarzały się już i westerny. Koło kapliczki Św. Jana pod drogą z kostki bazaltowej układanej w łukowate wzory płynął strumień. Wypływał z terenu ogrodów zakonników. Spoza wysokiego muru. Droga prowadziła do Stalowej Woli i Niska . Strumień tworzył rozlewisko i bagno tam gdzie dzisiaj jest Biedronka. Za klasztorem i przejazdem kolejowym nie było utwardzonej drogi. Piaszczysta droga gruntowa prowadziła aż do tzw. Krzyżowych dróg. Nie było Mostostalu ale bocznica kolejowa już była. Na prawo od bocznicy był wycięty las. Sprawiał wrażenie jakby huragan zmiótł go na wysokości piersi człowieka. Tak cięli ten las po wojnie żołnierze sowieccy , którym nie chciało się schylać.
Po lewej stronie było pierwsze wysypisko śmieci Stalowej Woli. W tych śmieciach było także miejsce na strzelnicę sportową LPŻ. Późniejszy LOK.
Osiedla Piasków właściwie nie było - patrząc na dzisiejsze.Za wyjątkiem kilku zabudowań za kładką nad torami. Dalej aż do późniejszej nowej parowozowni ciągnęły się podmokłe łąki i mokradła . Gdy zamarzły można było jeździć po nich na łyżwach. Daleko, naprzeciwko stacji za torami, pod ścianą ciemnego lasu było boisko piłkarskie miejscowej drużyny.
Za cmentarzem w Rozwadowie nie było już żadnych zabudowań. Wznosiła się jezdnia z kostki na spore wzniesienie i opadała na pola wsi Pławo. Po obu stronach szosy były pola obsiane żytem. W lipcowym słońcu mieniły się złotym poblaskiem łodyg i kłosów. Wiatr łagodnie głaskał te zagony, tak że wyglądały jak złote, falujące morze. W nim tkwiły poutykane gęsto błękitne główki chabrów. Rzadziej czerwone płatki maków.
Za górką , w dole, był przepust pod którym także płynął ciek wodny w kierunku dzisiejszego bajorka za dawnym „Peweksem” . Strumyk przecinał w połowie stromą gruntową drogę wiodącą na chłopskie, pławskie pola przed wałem powodziowym. Zamienione później na działki pracownicze HSW.
Gęste zabudowania Pława, które było większe od Stalowej Woli lat pięćdziesiątych zaczynało się od strony Rozwadowa , w okolicach dzisiejszego pomnika Patrioty i skrzyżowania nazywanego rondem (którym nigdy nie było i nie jest).Szosa skręcała tam dwukrotnie i dopiero wtedy widać było pierwsze bloki Stalowej Woli . Czyli knajpę „Stalowianka” i sklep „Wzorcowy” z przyklejonym „Jubilerem”. Przed nimi po prawej były zabudowania lodziarki Małysowej . Na ogromnym podwórzu wznosiła się wysoka konstrukcja z desek stempli i trocin. W niej przez całe lato topiły się powoli olbrzymie blok lodu wycięte ze stawów. Służące do oziębiania mieszaniny lodów. Lodówek wtedy jeszcze nie było. Po lewej tuż przed Stalowianką kończyła się gęsta zabudowa chłopskich zagród Pława. W miejscu gdzie ludzie ze skrzyżowania kierują się do bazyliki były płoty, stodoły , gąszcz owocowych niskich drzew wiśni i jabłoni.
Kościół – bazylika, był dopiero w planach. Mocno niepewnych. Na samym rogu był kiosk spożywczy. Głównie z chlebem.
Jeszcze wcześniej przed zagrodą Małysowej za pierwszym zakrętem szosy odbiegała droga gruntowa w kierunku kościoła Floriana. Na jego tyłach mieściły się zabudowania piekarza Madeja i piekarnia. Chleb był tam pieczony starymi metodami, w dużych piecach chlebowych opalanych węglem drzewnym. Był tam jeden rodzaj chleba żytnio-pszennego. Chleb był tak wspaniały w smaku, że większość mieszkańców Stalowej stała tam w soboty, po 4 godziny by kupić „chleb od Madeja”. Pod płotem piekarni stały dziesiątki rowerów , którymi odjeżdżały chleby w płóciennych torbach zawieszonych na kierownicy.
Chleb duży, okrągły, z odciśniętym wzorkiem koszyka ważył 2 kg , mógł służyć jako odważnik, kosztował 4 złote. Madej nie oszukiwał. Cena była ciągle niezmienna. Ludzie byli tak przyzwyczajeni do ceny, że gdy mówiono o podwyżce cen chleba np. do siedmiu złotych - wszyscy zgodnie twierdzili że: „wtedy to już na pewno będzie wojna”…
Czasy były ciężkie i niepewne , towarów nawet pierwszej potrzeby ciągle brakowało . Dlatego pamiętający niedawną II wojnę dorośli ludzie kupowali zapasy mąki i cukru po całym worku ( 25 kilogramów) na zapas. Chowano je w szafach ubraniowych i tapczanach. Przez pewien czas by kupić pastę do zębów, lub żarówkę należało przynieść do sklepu zużytą tubkę i gwint od żarówki. Przynoszenie do apteki buteleczki na lekarstwo jeszcze w latach 60 –tych było szeroko praktykowane. Tak jak dzisiaj po piwie. W bramach Huty stali strażnicy z karabinami Mossin. Ludzie wynosili różne rzeczy – drobne i mało wartościowe. Gwoździe, śrubki, żarówkę. Bo wszystkiego brakowało. Za złapanie wyrzucano z pracy. Jeden z wychodzących nie wytrzymał nerwowo i zaczął uciekać…
Strażnik miał doskonale przystrzelany karabin i dobre oko. To byli ludzie z wiosek i często kłusowali w lasach z nielegalnej broni. Stąd mieli nawyki celnego strzelania. Strzał do uciekającego był precyzyjny na odległości kilkudziesięciu już metrów. Robotnik dostał dokładnie w podstawę czaszki. Zginął na miejscu. Znaleziono przy nim w teczce szczotkę ryżową do szorowania podłogi. Ludzie chcieli zlinczować strażnika. Ale pojawiło się więcej strażników z karabinami i strzelec wyborowy został ewakuowany na wartownię.
Mieszkańcy radzili sobie z szarym życiem każdy na swój sposób. Na ogół żyło się biednie i skromnie. Ogródki przy niektórych blokach i działki wspomagały domowy budżet. Praca w socjalizmie była obowiązkowa . Włącznie z sobotą. Która dawała jednak luksus pracy tylko do 13.00 . Wtedy także (od 13.00) można było legalnie kupić alkohol. Kto nie mógł wytrzymać do tej pory musiał mieć zgromadzone zapasy lub znać melinę, która ratowała w potrzebie. Można było także samemu pędzić samogon ale było to prawem zabronione i surowo karane. Sprzęt do tego używany - po znalezieniu przez milicję (o mało co nie obywatelską) był niszczony . Uczniowie również uczyli się w szkołach w sobotę ale także tylko do 13.00. Niezaprzeczalną dobrocią szkolną w PRL było , że uczniowie nie znali nauki na zmiany. Wszyscy szli do szkoły na godzinę 8.00 rano i wszyscy wracali przed obiadem do domu. Matki prawie wszystkie nie pracowały i rodzina miała przez to codziennie skromny, świeży, smaczny obiad. Byt rodzinie zapewniał ojciec. I on był głównym autorytetem w rodzinie. Jego zdanie nie podlegało dyskusji. Podstawowym środkiem komunikacji w dojeździe do pracy był rower. Tak jak i gumiaki czy gumo-filce był to wyrób trudno dostępny. Nowy rower był bardzo drogi np. rower „Popularny”, lub „Olimp”. Często rower był inwestycją rodzinną na całe życie. W niedzielę i po południu ujeżdżały go dzieci .Te małe musiały jeździć „pod ramą”. Od godziny 6 rano do huty jechali rowerzyści zajmujący nieraz całą szerokość szosy. Pluli w czasie jazdy i często ( jadąc nieco z tyłu) można było dostać prosto w twarz chmurą takiego „podarunku”. Nieco mniejsze potoki rowerów jechały na II zmianę przed 15 godziną i na trzecią o 23. Huta pracowała ostro na 3 zmiany. Wszystkie zakłady w mieście włączały syreny o godzinie 7.00, 15.00 i 23.00. Można było regulować zegarki. Kto w tym czasie nie przekroczył bramy Huty miał spóźnienie. Jęk syren przypominał wojenne naloty bombowców. Wszyscy jednak traktowali to jako rzecz normalną. Dzisiaj mała, cicha sygnaturka na Anioł Pański w kościółku Floriana wywołuje paroksyzmy wściekłości wyemancypowanych niby-ateistów. Których rodzice, dziadkowie, pradziadkowie byli ochrzczeni, mieli śluby kościelne. Oni zaś skończywszy studia na poziomie podstawówki mieli już inny ogląd świata. Religia wg marksistowskich wykładów w szkole była „opium dla ludu”. Oni sami zaś wybiegali swym ledwie co ponad-analfabetycznym rozumem – poza granice wszechświata. Ich matki zostały moherami i Ciemnogrodem. Budowane kino Ballada koło placu wypełnionego pagórkami żółtego piasku, miało łukowate wnęki w ścianach przy wyjściu. Miały tam stać 4 posągi Melpomeny. Ale zabrakło pieniędzy i zostały zamurowane cegłami na płasko. I tak jest do dzisiaj. Samochody dla przeciętnego obywatela były niedostępne, a jeśli już - była to stara „Warszawa” - garbus , z rosyjskim silnikiem od „Pobiedy - GAZ-MKB”. Czasem mały „Mikrus”. Ulice przez to były wolne od ruchu samochodowego i powietrze było czyste. Przejście przez ulicę nie stanowiło żadnego problemu. By ulec wypadkowi trzeba było mieć wyjątkowego pecha lub być wyjątkowo pijanym. Prędkość 40km/h była już ekscytująca i rozwijana była na trasie. Wszędzie można było dojechać pociągiem nawet do najmniejszych miejscowości. Pociągi były stale zapchane ludźmi i jazda przypominała zawartość puszki z sardynkami. Delikatniejsi nie staczali prawdziwych walk o wejście do autobusu ( lata 60-te) i zostawali na przystanku ( jako tzw. „dupa”.) Po 2 godzinach przyjeżdżał następny autobus i czasem było już trochę luźniej. Do autobusu czy pociągu wchodziło tylu ludzi ile to tylko było możliwe. W pociągu ludzie często jechali całymi nocami w ścisku, bez ogrzewania i oświetlenia wagonu.
Trasa Olsztyn- Lublin przez Łuków np.
Nierzadko okna były powybijane, bo wsiadano przez okna. I do wagonu wpadały tumany śniegu. W toalecie jechało 7 osób, jedna siedziała na umywalce. Skorzystanie z toalety było niemożliwe. Cena biletu była taka sama czy się siedziało, czy też wisiało w ogromnym ścisku napierających ze wszystkich stron spoconych ciał. Ścisk był tak potężny, że trudno było oddychać pełną piersią. Ale i można było drzemać bez obawy, że osuniemy się na podłogę wagonu. W przedziale piło się wódkę, śpiewało i grało na gitarze. W przedziale 8 osobowym siedziało często 12 osób i dodatkowe dwie stały między siedzeniami trzymając się półek na bagaże. W wagonie czy autobusie wolno było palić papierosy i nikomu nie wpadało do głowy by protestować. Dym wdychały także noworodki, ich matki i małe dzieci w czasie podróży. I wszyscy cieszyli się, że w ogóle jadą. Pijany kierowca był zwyczajnym widokiem. Nawet jak spowodował wypadek tłumaczono to na jego korzyść. Każdy rozumiał – że to wódka była winna - nie kierowca.
Nie można było zadzwonić np. do domu, bo telefony komórkowe nie były znane, a zwykłe, druciane były w niewielu domach. Komputer to było mgliste pojęcie z powieści science –fiction Lema. Na rozmowę do Warszawy, czy innych odległych miast czekało się na poczcie parę godzin. Rozmawiało się z cuchnącej papierosami i brudem kabiny; dodatkowo wszyscy na poczcie doskonale znali treść rozmowy, bo trzeba było krzyczeć - by się dogadać. Radio było już w prawie każdym domu ( często z gramofonem na płyty plastikowe, rok 1961) ale telewizor dopiero wchodził na wyposażenie. Na serial o Wołodyjowskim , czy „Bonanzę” ( jak się nie miało telewizora) można było wybrać się do znajomych ( lata 65 –68) . Oglądała go cała rodzina i wszyscy goście. Nie zaszkodziło zabrać ze sobą buteleczki wina i paczki ciastek. Programów w czarno-białym telewizorze było sztuk 1. Za Gierka doszedł drugi program. Śmiano się, że Kowalski ma kolorowy telewizor - konkretnie wiśniowy… Gdy trzeba było pilnie powiadomić bliskich o jakimś wyjątkowym wydarzeniu ( śmierć, choroba, przyjazd) wysyłało się telegram na poczcie ( oczywiście tylko w dni pracy i w godzinach pracy poczty). I już często tego samego dnia, lub następnego rano wiadomość docierała do adresata . Zawoził ją poczciarz na rowerze. Zwyczajowo dawało mu się za to 5 zł - duże, aluminiowe, z rybakiem na awersie. Był to dochód nie opodatkowany. Zresztą pojęcie podatku było enigmatyczne i zwykłego pracownika( biedaka) nie obowiązywało. Zaczynało to funkcjonować dopiero w wypadku większego interesu prywatnego . Nazywani byli oni „prywaciarzami” , „badylarzami” itp. Oczywiście, że z każdego najmniejszego robociarza, socjalistyczne państwo zdzierało niesamowity haracz „za plecami”. A i tak w sklepach było prawie pusto, mięso gdzieś znikało jak w kosmicznej czarnej dziurze. Towary przemysłowe trzeba było autentycznie „zdobywać” a luksusowe, jak auto - były na talony. W Stalowej było kilkoro ludzi posiadających samochód. Dyrektor Huty służbową Wołgę, dwóch taksówkarzy i ojciec późniejszego milionera z Mławy Simcę-Aronde. Zwykły śmiertelnik jeśli nie był dyrektorem czy sekretarzem partii nie miał tak dużej ilości pieniędzy by kupić samochód (lub za darmo otrzymać służbowy)… Gdy ktoś miał ambicje posiadania pojazdu mechanicznego kupował zepsuty stary motocykl. Remontował go własnym sumptem i jeździł wzbudzając zazdrość. Benzyna była tania. I biały ser i mleko ( warzyło się szybko) były tanie. Nawet żółty ser choć rzadko dostępny był dość tani. Mięso i wędliny były bardzo drogie i trudno dostępne. Dzisiaj jest odwrotnie. Tak mięso, jak i masło ,ser były natomiast świeże , pachnące i zdrowe. Bez konserwantów i całej chemii którą dzisiaj łykamy kilogramami. Nabawiając się śmiertelnych chorób. By kupić coś w sklepie mięsnym należało wstać o godz. 4.00 rano i czekać w kolejce niewyspanych zjaw pod sklepem. Nie gwarantowało to zakupu, bo często towar kończył się właśnie na nas… Wielu szczęśliwców miało na wsi znajomą „babę”, która nielegalnie przynosiła wprost do domu całą ćwiartkę cielaka . Jeszcze ciepłą. W tzw. „zajdkach”, czyli grubej, dużej płachcie - na plecach . Lodówki były już w latach sześćdziesiątych ale rzadko spotykane, więc natychmiast mięso się marynowało, piekło , przerabiało i gotowało w słoikach. Było smaczne i zdrowe. Na ogół „wadza” wiedziała o tym procederze , na szczęście rzadko łapała za to. Zresztą towarzysz sekretarz zaopatrywał się w ten towar w taki sam sposób. Panowała powszechna hipokryzja, mimo to ludzie otwarcie się śmiali z ludowej władzy, a ta traktowała to jak dopust Boży i nie reagowała. Uznawała to za wentyl bezpieczeństwa. Jak ludzie się śmiali „ wadza” czuła się bezpiecznie. Gorzej jak robole zaczynali milczeć. Wtedy władza poprzez donosicieli ( było ich w niektórych blokach 1 donosiciel na 1 obywatela) starała się dociec „dlaczego milczą” - bo to mogło być groźne dla władzy. Mogło stanowić zapowiedź wysadzenia z siodła. Ponieważ w społeczeństwie, od wojny, wybito prawie całą inteligencję - łotrów i parszywców nie brakowało. Często na jednego donosiciela donosił drugi - ten na którego donoszono. Donoszenie uchodziło za dowód wierności władzy ludowej. Pożytecznych idiotów jak i dzisiaj - nie brakowało… A ci najbardziej ideowi i zasłużeni dostawali dość szybko mieszkania poza przydziałem, lepsze stanowiska w pracy , ich dzieci dostawały się na studia bez problemów - nawet jak były tępe. I później stanowiły armię niedouczonych inżynierów, lekarzy brzydzących się pacjentami i nie potrafiącymi leczyć a raczej pomagającymi grabarzom we froncie pracy ( wykonaniu normy – przerobie)… Jedno zjawisko było całkowicie nieznane tzn. cała sfera dzisiejszych „zbrodni i przestępstw” kończących się w nazwie na tzw. „izmy”. „Mowa nienawiści” była pojęciem z Marsa, bo wzorcowy Polak miał obowiązek szczerze i do głębi swego jestestwa nienawidzić imperialistów, faszystów, kułaków, bumelantów, kontestatorów socjalizmu, nawet syjonistów . Książeczka Orwella „Rok 1984” była zakazana i tylko urząd cenzury na Mysiej wiedział co w niej jest. Natomiast zwykły Jasiek z Konkolewa Dolnego wiedział, że samą nienawiścią się nie zabija, do tego dopiero trzeba siekiery , młotka, wideł, noża, styliska od łopaty czy orczyka. Oczywiście pojęcie antysemityzmu istniało ale mogło być stosowane otwarcie nawet przez najwyższe władze. W „słusznym” relatywnie celu . Stosował go Gomułka w „Kumitecie Cyntralnym” i Jaruzelski ( matrioszka) w ludowej ( siermiężnej) armii. Nie było wtedy Żydów, Semitów, tylko prosto - „syjoniści”. Jedno było jasne - faszysta to był zawsze Niemiec. (Mussolinii to była egzotyka włoska). Rasizm był pojęciem mało znanym. Murzynek Bambo był sympatycznym wierszykiem. I słowo „czarnuch” nie stanowiło żadnego zagrożenia czy niesmaku w użyciu werbalnym. Murzyni mieszkali w Afryce, Arabowie w swoich krajach, a granice były ściśle strzeżone przez żołnierzy, którzy strzelali do każdego kto chciał się przemknąć. A jak się już komuś udało to zostawiał ślady, bo granica miała zaorany pas ziemi, grabiony co rana. Żadnemu muslimowi czy murzynowi nie wpadało do głowy by stąd ni zowąd jechać do Europy. Bo po co. Było tu zimno, złe jedzenie ( haram - świnie) i nie było meczetów. A żebractwo było tolerowane tylko pod kościołem lub cmentarzem. Nie było jeszcze wtedy antyfaszystów niemieckich , którzy wygrali II wojnę w Berlinie. O tym dowiedzieliśmy się niedawno. Utrzymywano to przed nami w najgłębszej tajemnicy. Ale wydało się wreszcie - jak Stolzman pojechał na defiladę w Moskwie. I ONI ( antyfaszyści niemieccy) tam już byli… Siedzieli w pierwszym rzędzie z Putinem. Stolzman w ostatnim. Nawet przyjeżdżają teraz do Polski wnuki antyfaszystów hitlerowskich i pomagają polskiej władzy poskramiać faszystów polskich (sic!?) w czasie marszów, w polskie Święto Niepodległości. Uchodzi ono w Brukseli za święto faszystowskie. Wg nich nawet Auschwitz to robota wrednych antysemitów Polaków . Hitler w czasie wojny z odrazą patrzył jak Polacy mordują ( gazują ???) i palą w piecach w obozach śmierci ( polskich piecach - a jakże) miliony żydów z całej Europy. Polaków także. Dlaczego Polaków nie wiadomo. I wojska niemieckie, Wehrmacht , a nawet doborowi żołnierze dywizji SS, nic na to nie mogli poradzić, bo Polacy biegali po ulicach obwieszeni bronią i granatami , z nożami w zębach i mogli wystrzelać niemieckie oddziały w Warszawie, Krakowie , Poznaniu , czy Wrocławiu i Gdańsku - jak kaczki. Jak niemieccy żołnierze chcieli ratować żydów to Polacy grozili im wywózką do Auschwitz i wypuszczeniem przez komin. Hitler był bezradny w tej sytuacji. W latach 50-tych mówienie głośno o zbrodni katyńskiej było bardzo niebezpieczne dla każdego obywatela. Groziło represjami dla całej rodziny. Wyrzucenie z pracy, uczeń - zwolnienie ze szkoły i przeniesienie do innej. Ale co tam. Kto tam wtedy przejmował się polityką. Piło się dużo i często, wódka była tania ( jak dzisiaj) i kto był w pijanym widzie nie zajmował się polityką tylko kacem porannym . Każdy czekał na sobotę i godzinę 13.00 i wtedy to już były tylko zabawy, tańce, dancingi , ogniska na wolnym powietrzu, gitary i piosenki. Wino „Patykiem Pisane” , wino owocowe „J-23” - były tanie i dobre. Dobre - bo tanie. Wódka czysta z niebieską ( siwucha) i czerwoną nalepką ( strażacka). Gitary elektryczne produkowało się własnym sumptem z grubej deski. Seksualne wygibasy w krzakach i zaroślach trwały od sobotniego wieczora do poniedziałkowego poranka . Kiedy to trzeba było pójść znowu „do pracy”. By tam jako tako wytrzeźwieć. Do hotelu nie wolno było przyjść z panienką, bo sprawdzano, czy jest się małżeństwem ( w dowodzie osobistym) . Dwóch pederastów natomiast mogło bez mrugnięcia okiem portiera zameldować się w jednym pokoju, nawet jednoosobowym z jednym łóżkiem. W tym ostatnim względzie nic się nie zmieniło do dzisiaj. Nawet jak zgubiło się klucz od domu - nocleg w hotelu dla mieszkańca tej samej miejscowości wymagał niemal policyjno -żandarmeryjnego śledztwa.
Kawały polityczne opowiadano często i namiętnie, nawet nierozumnie – bo donosicieli było sporo. Potańcówki urządzano w lesie za przejazdem kolejowym. I w klubie „Energetyka” na „Ozecie”. Czasem w Rozwadowie, za Technikum Ekonomicznym koło stacji.
Tam miejscowe, wykąpane i czyściutkie dziewczęta , w tanich ale ślicznych , kolorowych, dziewczęcych sukienkach z perkalu – tańczyły z chłopcami i żołnierzami. Matrony z mężami. Chętnych do zabawy było dużo. Dziewczęta nie miały wymalowanych paznokci, drogich kreacji , szpilek na 10 cm obcasie i złotej biżuterii. We włosach miały wstążki za grosz , a wyglądały jak księżniczki. Młodość dodawała im uroku.
Za szpitalem, za olbrzymimi stawami, na wzgórzu - w lesie, jeździł do góry i na dół spadochron wieży spadochronowej. Było to fascynujący widok. Po stawach ( trzech w kierunku Sanu) pływali ludzie na łódkach. Stawy były w miejscu dzisiejszych kortów na ul. Energetyków. Później było tam duże wysypisko ciągle płonących śmieci tuż przy stacji CPN.
Mostu na Sanie nie było – przeprawiano się promem.
Naprzeciw szpitala - nowa szkoła podstawowa w której było także Liceum o dumnej nazwie „44”. Jedną z wychowawczyń była starsza kobieta. Siwa , duża, gruba i bardzo silna. Surowa jak sierżant w wojsku. Dyscyplina w klasie przypominała koszary wojskowe. Uczniowie siedzieli nieruchomo w ławkach po trzech. Cały czas musieli mieć ręce za plecami i plecy przyciśnięte do tylnego oparcia z desek. Nie wolno było rozmawiać, patrzeć należało na nauczyciela. Chyba, że pisali w zeszycie, lub czytali z podręcznika. Nie pytani – nie odzywali się. W klasie było cicho jak makiem zasiał. Dyscyplina jak w obozie. W czasie odpowiedzi należało stanąć koło ławki na baczność i mówić bez jąkania głośno i wyraźnie. Gdy ktoś popełnił wykroczenie ( np. rozmawiał w ławce) musiał podejść do tablicy , kładziony był na ławce i bity wiązką kijków od chorągiewek 1-majowych, które stały wbite w doniczki z kwiatami. Kijki nie były takie jak patyczki od lizaków - ale solidne kije znad Sanu wycięte z faszyny przybrzeżnej ( wikliny). Nikt się nawet nie przyznawał do tego w domu - bo ojciec by poprawił.
Było to z reguły kilka , kilkanaście uderzeń z całej pedagogicznej siły. Pani po egzekucji była spocona, zadyszana i czerwona na twarzy.
Nad tablicą wisiały 3 portrety. Gomułki - z końską, długą twarzą, łysego jak kolano Cyrankiewicza i Spychalskiego – w mundurze marszałka.
1 maja wszystkie dzieci miały obowiązek brać udział w pochodzie. Dzień wcześniej ulicami miasta przechodzili wieczorem , wraz z całą szkołą w capstrzyku. Starsi uczniowie nieśli na długich kijach płonące kaganki wypełnione pakułami i naftą. Wszyscy skandowali antykapitalistyczne, buńczuczne hasła, podawane przez jedną wysoko upartyjnioną nauczycielkę ( spełniającą rolę „zapiewajły”).
Przypominało to niemieckie partaitagi z czasów niemieckich, przed II wojną.
W Boże Ciało zaś, by dzieci nie szły na procesję – pod szkołę zajeżdżały ciężarowe samochody z pobliskiej Huty. Miały ławki w poprzek skrzyń i przykryte były plandeką.
Wszystkie dzieci wywożone były daleko od miasta, kilkadziesiąt kilometrów - w Góry Pieprzowe, gdzie pół dnia włóczyły się po chaszczach i zaroślach. Na obiad przywożono je z powrotem do miasta. Dzieci , które nie były na capstrzyku, pochodzie 1-majowym lub na obowiązkowej wycieczce – musiały przynieść na piśmie usprawiedliwienie od rodziców.
Nie zdarzało się, by rodzice podawali rzeczywiste powody ( rzadkie) nieobecności. Mogło to działać w dwie strony. Szykany ponosiło wtedy dziecko i tato w pracy. Matki prawie wszystkie, nie pracowały w tych czasach zawodowo. Zajmowały się domem i dziećmi. I te miłe wspomnienia obecności matki, zadbanego domu, smacznych obiadów i matczynego spokoju były częstym obrazem rodzinnych domów lat 50 i 60.
Najbardziej wysuniętym w stronę Sanu budynkiem była restauracja i hotel „Hutnik”.
Czasem i dzieci oglądały wydarzenia tragiczne i niepokojące.
Ulica Obrońców Stalingradu. Stalowa Wola. Lata 50 - końcówka. Od bloków 17, 19 w kierunku Sanu ciągną się Dzikie Pola. (Własność chłopów z Pława). Porośnięte chaszczami, poprzetykane spłachetkami zagonów rachitycznego żyta. W miejscu obecnej bazyliki - piaszczyste wzgórza porośnięte z rzadka niskimi sosnami. Na prawo olbrzymie wzgórze białego, czystego piasku z wieżą triangulacyjną , za którym kryją się gęste zabudowania chłopskich zagród. Zapada decyzja o budowie szkoły tysiąclatki (NR 3) . Ma stanąć na terenie za blokiem 17. Ale ziemia ta obsiana jest żytem od hotelu Hutnik aż do dzisiejszej ulicy Czarnieckiego. Tuż przed zbiorem. Chłopi protestują. Obok na wzgórku, na skraju pola - przy restauracji Hutnik zbiera się kilkadziesiąt osób - chłopów z Pława z cepami, kosami i grabiami. Bronią pola. Naprzeciwko nich na drugim krańcu łanów żyta stoją dwa duże spychacze z podniesionymi lemieszami . Wyglądają jak maszyny - potwory z Marsa - z powieści Lema. Dzieci przyglądają się krzyczącym chłopom i kobietom. Wymachują oni cepami, kosami, grabiami. Jest coś tragicznego w tym obrazie i przerażającego. Spychacze dudniąc silnikami czekają. Pojawia się milicja ( o mało co nie obywatelska) z białymi pałkami i pistoletami maszynowymi Sudajewa . Matki szybko zabierają dzieci do domu w blokach koło pola. Spychacze ruszają. Żyto stłamszone z piaszczystą ziemią zryte lemieszami wygląda jak pobojowisko. Spychacze odjeżdżają. Milicja znika. Chłopi ze skurczonymi z gniewu i bezsilności twarzami siedzą na zrytej ziemi, jak na świeżym cmentarnym grobie. Kobiety cicho płaczą . Siedzą tak do wieczora. Jak przy trumnie zmarłego. W następnych latach w kierunku Rozwadowa, o którym nikt nie pomyśli, że przestanie być 300 letnim miastem ruszają także spychacze. Burzą chłopskie domy, zagrody, studnie, stodoły. Chlewiki i kurniki. Rozjeżdżają gnojowniki, sady i ogródki. Chłopów przenosi się do bloków, w których nie umieją i nie chcą mieszkać i są nieszczęśliwi w betonowych klatkach. Starsi szybko umierają , bo stare drzewa przesadzane - usychają. Młodsi żyją jak potrafią, tak jak żyli ich ojcowie i dziadowie. Hodują kury w wannie i w piwnicy, niektórzy nawet wieprzka. Spychacze czasem dają ultimatum do godziny i dnia -kiedy zagroda ma być pusta od ludzi. Ale nie wszyscy są w stanie oderwać się od korzeni. Spychacz rano - o wyznaczonej punktualnie godzinie rusza, zrąb stodoły zaczyna się walić. Jednak spychacz nagle staje i wyłącza silnik. W wyłomie ściany stodoły widać belkę drewnianą pod dachem łączącą dwa zapola . Na belce miarowo kołysze się ciało gospodarza. Wisi na mocnym konopnym sznurze…



I Stalowa Wola z dzielnicą tym razem Rozwadów w roku 2018


Idę przez miasto po 60 latach. Miasto rozrosło się. Wchłonęło Pławo, Rozwadów i przysiółki. Zaczynam od stacji kolejowej na której kasy biletowe są nieczynne. Dworzec w Rozwadowie nieczynny , sprawia w wrażenie wymarłego. Ale perony funkcjonują. W budynku dworca w Stalowej Woli jest teraz restauracja. Tyż dobrze. Toalet nie ma. Cisza. Tory zapomniały już jak po nich jeździły pociągi do Lublina, Warszawy i w Bieszczady. Nie zobaczymy już potwora ziejącego dymem, ogniem i parą – czyli parowozu, jak przed 60 laty . Kursują małe pociągi podobne do dłuższego autobusu. Szynobusy. W autobusach prawie pusto – to luksus . Nie trzeba bić się o samo wejście do środka , ale nawet można wybierać sobie miejsca jakie nam się podoba. Przy oknie – proszę bardzo . Z tyłu – czemu nie. Po prawej przy samych drzwiach – raczej nie, kierowca chce mieć dobrą widoczność na drogę po prawej. Nikt nie odważy się zapalić papierosa , także i w pociągu. ( W toalecie oczywiście ciemno od dymu)… Nie ma w pociągach wagonów dla palących. Nawet na ulicy nie wolno palić. Nie wolno pić piwa na ulicy. Chyba, że na ulicy jest mały płotek przy piwiarni i wtedy – za sztachetkami ( zasiekami) - już można.. Nie ma rosyjskich wojsk w Polsce. Wyjechali do Rosji.
Za to stacjonują w Polsce również obok polskich zawodowych szeregowców również żołnierze amerykańscy. Niektórzy czarnoskórzy. Afroamerykanie. Nie murzyni. Nikomu nie wpadnie do głowy by ich tak nazwać . Nie wypada, poza tym mogliby nas poczęstować w rewanżu „białasem”. Ci Amerykanie bronią nas teraz przed imperializmem Federacji Rosyjskiej. To nawet jest dużo ciekawsze niż konfrontacja socjalizmu i komunizmu z imperializmem amerykańskim jak przed 50 laty. Teraz starcie byłoby dużo poważniejsze – imperializm zachodni, przeciwko azjatycko-bizantyjskiemu z Kremla. Na ulicach jednak nie widać w ogóle naszych żołnierzy w w mundurach. Chyba chodzą w cywilnych ubraniach. Przed 50 laty zdjęcie przez żołnierza służby zasadniczej munduru nawet na urlopie było zakazane. I karane prawie jak dezercja. Zmiany powinny nas nauczyć , że w życiu nie należy się niczemu dziwić.
NICZEMU – bez wyjątku.

Na podwórzu Liceum cisza. Dawniej widząc na chodniku nauczyciela schodziliśmy mu z drogi i już z 3 kroków zdejmując czapkę uczniowską kłanialiśmy się głośno i wyraźnie. Dzisiaj nauczyciele boja się swoich uczniów, bo ich pobiją, przedziurawią oponę w samochodzie, lub nagrają film w klasie. Starszym schodziliśmy także z drogi. Można było być wytarganym za ucho. Dzisiaj jak jesteście twardzi i odważni mijając watahę nawet uczniów klas 3 podstawowej możecie odegrać kowboja. Czyli zatrzymać się i zobaczyć co zrobią jak idą całą szerokością chodnika. Czasem mogą was mocno potrącić w milczeniu. Gdy wyglądacie dość groźnie – ominą was ale tak, że otrą się o wasze ubranie. Dziewczęta młode są często bardzo agresywne. Podrostki płci męskiej dowodzone przez taką przywódczynię są dwakroć niebezpieczniejsze. Na przystanku autobusu nie ma tłumu czekających. Za to po ulicach jeździ ogromna ilość samochodów prywatnych. Trzeba uważać przy przechodzeniu przez jezdnię. Za Florianem nie odnajdziemy nosem zapachu piekarni Madeja gdzie kupowałem pieczywo o niebiańskim smaku. Nie ma już niestety przybytku „chleba naszego powszedniego”. Szkoda.
Przede mną: dwupasmowa ulica. Muszę trochę zaczekać, ruch spory - nie będę ryzykował, choć wielu kierowców przepuszcza pieszych - mnie się nie śpieszy. Nie mam do czego. Budki totolotka dość liczne .
Tylko grać!!!
W kinie pustki - mało kto chodzi do kina. Kiedyś westybul Ballady był szczelnie napchany kolejką po bilety gdy grano np. „Damę Kameliową” lub „Dwa oblicza zemsty”. Młodzież nie ma gdzie rozwijać zainteresowań za wyjątkiem kilku wyczynowych sekcji klubu. LOK budowany społecznym wysiłkiem został właściwie „statutowo sprywatyzowany”. Nie ma już licznych młodych strzelców gdzie za niedużą składkę rozwijali umiejętności przydatne do obrony kraju.
Siedzą więc pod blokami na ławkach ( obowiązkowo na oparciu ławki, z nogami na siedzisku) jak kury na grzędzie i całymi dniami dziobią palcem w ekran telefonu komórkowego. Wieczorem piją piwo i sikają w klatce lub w piwnicy. To nie ich wina. Starsi nie mają dla nich czasu. Gonią za zarobkiem ( rynek- hare, hare). Obraz nie jest jednak taki czarny. Ogromna większość młodzieży uczy się, studiuje , chodzi na liczne korepetycje by mieć „lepsze punkty”.
Widzę piękny market. Jak pałac, jak świątynia. Ale już na rogu nie ma restauracji gdzie zamawiałem placki po węgiersku, albo smaczną jajecznicę na kiełbasie i boczku . Jest teraz sklep z artykułami medycznymi i innymi bardzo potrzebnymi przedmiotami. W sklepiku gdzie pani sprzedawała kapustę kiszoną jest teraz dentysta. Pani od kapusty zawsze wymagała naczynia na kapustę. Torebek plastikowych wtedy nie było a pakować w papierową zabraniały jej przepisy albo zły humor. Humor miała przeważnie zły. Kapusta zaś była smaczna i dobra. Koło Stalowianki apteka dalej funkcjonuje. Jednak ma liczną konkurencję – co krok spotykam inne prywatne apteki – kiedyś zjawisko niespotykane. W pobliżu piwnych przybytków spotykam czasem ludzi nieogolonych , nie ostrzyżonych , pachnących piwem. Zaczepiają mnie , niektórzy mnie znają.
„Kierowniku papierosa”, „złotóweczkę na pyweńko, browarka” .
Grzecznie bez zdenerwowania odmawiam. Nie wolno dawać. Jeden wyłom i będę musiał dawać stale. A jeszcze dzisiaj nie umieram. Mówię im: że nie mam , że nie palę od 30 lat, wreszcie - że mam złotówkę ale na co innego. Albo mówię, że nie mogę dać. Rozumieją. Mówię do nich zwalniając krok i patrząc przyjaźnie. Wiem, że nie wolno się zatrzymywać. Ale i nie wolno się denerwować.
Coś nieładnie pachnie od rzeki. Jak kapusta, ale mocno zepsuta. Idę zobaczyć co to - bo w tym mieście jeśli już pachniało to siarką z Tarnobrzega. Czasem oparami martenów hutniczych. I padał gęsty pył z kominów elektrowni. W zimie śnieg często był prawie czarny od pyłu. Dzisiaj przy południowym wietrze od strony lasów przypływają nad miasto opary związków aluminium niezwykle toksyczne. Jest tych zakładów sporo. Kiedyś aluminium wygrużono ze Skawiny koło Krakowa. Dziś aluminium jest w Stalowej Wólce- Zdrój, jak sobie żartuję wdychając te opary. Kiedyś wieczorem np. z ogrodu przy domku fotografa Stańczyka pachniało maciejką. Fotograf robił ładne zdjęcia legitymacyjne i wszelkie inne. Jego chałupy nie ma. Jest skwer.
Już widzę - nad rzeką pracuje oczyszczalnia ścieków. Rzecz pół wieku wcześniej rzadko spotykana w Polsce. Ale przecież wiatr ma to do siebie , że nie zawsze wieje od rzeki. Zmartwieniem są więc obdzielani sprawiedliwie wszyscy - we wszystkich kierunkach. I rzeka jest czysta - czym dawniej specjalnie się nie martwiono.
Huta – potężny zakład zajmujący olbrzymi teren lasów została rozgrodzona i słusznie. Dzisiaj stanowi malutki skrawek dawnej Huty i to w dużej mierze sprzedany naszym bliskim sąsiadom – Chińczykom. Dzieli nas tylko Ural. To niedaleko. Nie ma już takiej strzelaniny w wojskowym instytucie. Czasem coś zagrzmi. Kulochwyty poligonu HSW stoją w lesie. Na poligonie wyrosła IKEA szwedzka. Też mamy do niej blisko - tylko płytki Bałtyk nas dzieli. W dodatku sosny w Szwecji są takie rachityczne bo rosną na skale. Kopnąć ściółkę i już są skały i kamienie. Nasze sosny zaś wspaniale nadają się na meble. Niemieckie zakłady aluminiowe stoją w środku Puszczy Sandomierskiej. To marzenie dla robotnika i dla właściciela – to prawie sanatorium. Domy jakby pojaśniały, wiele jest ocieplonych i odnowionych elewacji. Chodniki , klomby kwiatów i trawniki. Nowe place zabaw - dawniej był tylko siermiężny Ogródek Jordanowski. Teraz ulice są pięknie wybrukowane. Granitem. Kostką betonową. Są lampy i fontanna. Jest most na Sanie . Są wiadukty.
Są liczne ronda - coś nowego. Bo i ruch większy. I znowu parę dużych marketów wokoło. Chyba ludzie przez te 60 lat wzbogacili się bo ruch w nich spory. Coraz to ktoś wyjeżdża z dużym wózkiem wyładowanym całą masą różnych kolorowych gówienek w 20 rodzajach smaku i 30 odmianach zapachu. I tutaj gubię się. Chcę kupić zwykłe mleko, zwykły ser biały i zwykły chleb. Ale na półkach jest tyle przeróżnych odmian tego jadła, że trudno wyczuć, które nadaje się do jedzenia. Jak dawniej. Co mnie zniesmacza. Dziewczęta nie uśmiechają się zalotnie do chłopców jak kiedyś .Nie rumienią się. Jak kiedyś. Raczej taksują ich chłodnym wzrokiem jak stary handlarz z końskiego targu. Gdzieś znikł ich dziewczęcy urok. A chłopcy zniewieścieli. Dziewczęta (oczywiście nie wszystkie) wieszają się im na szyjach na środku ulicy i całują drapieżnie jakby chciały im wygryźć migdałki. A oni stoją nieruchomo jak manekiny. Wstydzą się? Chyba nie. Tracę przez to całą męską atencję i elegancję jaką zawsze miałem do kobiet. Dziewczęta prawie wszystkie chodzą dziś w tych samych spodniach co mężczyźni co pozbawia ich kobiecości i czaru. I one i mężczyźni na ulicy klną jak szewcy. Co drugie słowo to „k...a”. Gdzież te czasy , gdy za takie słowo dostawało się od dziewczyny w tzw. pysk i jeszcze trzeba było uprzejmie przeprosić. Obyczaje nie poszły jednak z cywilizacją i postępem w parze. Ludzie się zdehumanizowali a zwierzęta odwrotnie. Dzisiaj poczciwe Burki nie zdychają tylko umierają… Telewizja donosi o 3 latach więzienia dla sprawcy , który znęcał się nad psem. Może wystarczyłaby 3 miesięczna bezpłatna praca w schronisku dla psów, kotów, białych myszek i szczurów. Śmierć człowieka jest dziś z kolei banalnym i pospolitym epizodem. Pełno ich ( malutkich haukaczy i cwajnosów wielkości cielaka) na ulicach i pełno ich produktów przemiany materii na trawnikach i chodnikach. Trzeba uważać jak na miny. Pieski lepiej są traktowane niż ludzie. Dawniej jeśli już jakimś przypadkiem pies znalazł się sam na ulicy - schodził ludziom z drogi. Dzisiaj ludzie muszą schodzić z drogi psom. Czort wie czy nie ugryzie i jeszcze będziemy odpowiadać za zdenerwowanie i stres czworonoga. Może właściciel oskarży nas o to, że nie byliśmy zaszczepieni i pies dostał od nas jakiejś wstrętnej infekcji.
Nie samym chlebem jednak człowiek żyje.
Więc idę za miasto do lasu, gdzie chodziłem ze swoją miłością i gdzie na cichej, spokojnej polance tysiące razy zapewniałem ja, że ją kocham i że nic nas nie rozdzieli.
Aż do śmierci.
Tylko, że młody człowiek nigdy nie wyobrazi sobie ,że kiedyś umrze. Stąd jego przysięgi są naprawdę szczere.
Mojej polanki nie ma.
Las wycięto.
Stoi tutaj za to jakaś fabryka.
Ale słońce jest to samo. Niebo to samo. I gdy przyjdę tu nocą, nad moją głową będą te same gwiazdy co pół wieku temu. Będą patrzeć na mnie milcząco i obojętnie . I czekać (będą) na mnie. Wiszą na niebie od milionów lat i mają dla mnie i wszystkich , którzy na nie patrzą- tak samo dużo czasu, jak przed tysiącami wieków. Mówię do nich szeptem: „do zobaczenia”. Wiem, że słyszą mnie doskonale . Bo mrugają przyjaźnie swoimi srebrnymi oczami.

© Marek Mozets. 2018.
Stalowa Wola


P.S.
Stalowa Wola to dzisiaj społeczeństwo aspirujące do zachowań miejskich . Ale idzie to opornie jak to w wielu młodych miastach, gdzie tkankę stanowi w większości ludność z dalszych i bliższych okolic wiejskich. Pod oknami często dalej leżu śnieg niedopałków wyrzucanych przez okna , butelki po wódce . Na klatkach schodowych i piwnicach niektórzy załatwiają potrzeby fizjologiczne. Smród uryny gryzie się z silnym zapachem perfum na klatce. Zwrócenie uwagi na siermiężne zachowanie wywołuje potok wściekłej odpowiedzi naszpikowanej co drugie słowo „k…ami”. Sprzątanie po psie jest często markowane, jeśli nie bezczelnie i prowokacyjnie cenna, kręcona zawartość brzucha pupila zostawiana jest na środku chodnika. Aspirujący do miana nowej inteligencji wrzucają zaś psie ekstrementy do kosza na śmieci . Sprzątaczka później wyjmuje to ręką… Nie dziwię się natomiast , że otwarte śmietnikowe altanki służą jako WC. Dla mężczyzn. Kobiety tego nie ryzykują. Dlaczego się nie dziwię. W mieście brak jest publicznych szaletów. A organizm nawet i dobrze wychowanego obywatela nie wytrzyma niesamowitego parcia. Bez szkody dla zdrowia. Przestawienie mentalności na sznyt wielkomiejski to często nie tylko okres kilku pokoleń ale nawet paru wieków. Popatrzmy co stało się z Warszawą, gdzie ludność przedwojenna praktycznie znikła. Została wytrzebiona przez 1 okupanta i przez następnego „wyzwoliciela”. Dzisiejsza Warszawa nie ma wiele wspólnego z dawnymi „Warszawiakami”. Ich patriotyzmem, mentalnością. Zasadami. Dumą. Odwagą i poświęceniem. Wielkością charakteru. Heroizmem postaw. Miłością do miasta. Tak i w Stalowej Woli, gdzie jeszcze w latach 60-tych mieszkała nieliczna co prawda ale jednak wartościowa inteligencja z przedwojennych dużych ośrodków miejskich. Z Gdańska, Poznania, Krakowa, Lwowa. Oni mimo, że nieliczni - nadawali ton poziomowi miasta. Ich pojęcie porządku, odpowiedzialności, kultury , obowiązku, patriotyzmu, dobrego wychowania i uczciwości było szanowane autentycznie. Jak np. w wypadku doktora Trojanowskiego, inżyniera Kwiatkowskiego ( mieszkał za ówczesną plebanią ). Wielu nauczycieli szkół średnich jak profesor dr Durkacz , prof. Marian Baran, dyr. Kantorek. To byli ludzie szanowani. Dzisiaj właścicielka przekrętowej hurtowni potrafi powiedzieć do syna w podstawówce czy gimnazjum o jego nauczycielce : „TA DZIADÓWA”.
„Nie bez powodu ludzie wykorzenieni ze swego środowiska zachowują się inaczej, łatwiej się dają zdemoralizować, nakłonić do przestępstwa. Doskonale wiedzieli o tym komuniści i dlatego tworzyli takie ośrodki jak Nowa Huta, (kopią miała być Stalowa Wola ) gdzie wyzwolona spod kontroli środowiska wiejskiego, wykorzeniona młodzież miała nasiąkać komunistycznymi bredniami, ( tworzyć wojujący, ateistyczny proletariat a nawet realizować komunistyczne zbrodnie)”. Ze Stalową Wolą wyszło jednak miłośnikom Marksa i Engelsa nieszczególnie dobrze. Na całe szczęście. Jakby nie było : „nijak żyć bez Pana” - powiedzieli chłopi na zgliszczach własnoręcznie spalonego dworu , kopiąc czaszki dziedziców…


© Marek Mozets 2018
Mozets
Mozets
 
Posty: 17
Dołączył(a): Pn lip 30, 2007 8:02 pm

Powrót do Refleksje o Rozwadowie

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron